Epilog

- Tam oliwkowy, nie zielony! – pokazuje na ścianę obok mnie. – Nie wie pan jak wygląda oliwkowy? – patrzę z niedowierzaniem na malarza.

Moja wizja własnego biura jest jasna i klarowna. Wydawało mi się, że taka droga firma remontująca zna się na rzeczy, a tu takie coś…

- Kochanie uspokój się, wiesz, że nie możesz się denerwować – Chris przytula mnie do siebie. Wzdycham.

- Jak mam być spokojna, kiedy te debile nie rozróżniają nawet kolorów? – patrzę w jego oczy i się uspokajam. – Nie znoszę kiedy masz racje.

- Przyzwyczaj się do tego moja żono – odpowiada, a ostatnie słowo przyjemnie odbija się w moich uszach. Uśmiecham się do niego i wtulam w ramiona.

- Chcę, żeby wszystko wyglądało tak jak miało, a nie..

- I tak będzie wyglądać – wtrąca stanowczo. – Pozwólmy ludziom pracować. Zapraszam cię na lody – mrużę oczy i kręcę głową z rozbawieniem. Szczwany lis wie, że mam swoje zachcianki i od początku ciąży lody jem prawie bez przerwy.

- Przekonałeś mnie – mówię rozbawiona i ostatni raz rzucam wzrokiem na swój przyszły gabinet. Postanowiłam przyjąć zadośćuczynienie od Theo, a pieniądze, które wymusił od niego Chris zainwestowałam w swoją działalność  i już za dwa miesiące będę pełnić usługi architekta.

Do rozwiązania już niedaleko, dlatego coraz ciężej  mi się chodzi i co gorsza pocę.

- Poczekaj chwileczkę Chris – zwalniam i siadam na pobliskiej ławce z trudem łapiąc powietrze. Ostry ból przeszywa moje plecy powodując, że zginam się w pół. – Aaa.. – cichy krzyk wyrywa mi się z ust. Czuję jak po nogach spływa mi jakaś ciecz.

- Co się dzieje?! Lena! – spanikowany Chris klęczy obok mnie i próbuje dowiedzieć się o co chodzi.

- Dzwoń..na pogo…towie – wykrztuszam i zaraz jęczę z bólu.

- Co?

- Rodze! – wydzieram się z całych sił. – Dzwoń na to cholerne pogotowie! – powtarzam jeszcze raz, choć on już dawno trzyma komórkę przy uchu. Staram się oddychać spokojnie i głęboko, tak jak uczyli na zajęciach, ale to gówno pomaga. Przypuszczam, że te całe zasady wymyślił facet, albo kobieta, która nie ma dzieci, myślę zwijając dłoń w  pięść.

Dwie minuty później, które dla mnie są wiecznością, podjeżdża karetka i pomagają mi wejść do ambulansu. Cała jestem mokra, jak spocona mysz i dyszę jak parowóz. Boże, Boże…w co ja się wpakowałam. Dziecko dałam sobie zrobić, ha! Nigdy więcej.

- Kochanie, wytrzymasz, oddychaj, oddychaj – powtarza Chris jak mantrę. Patrzę na niego krzywo.

- Sam sobie oddychaj – syczę i ściskam jego dłoń, bo ból znów daje o sobie znać. Dyszę. – To twoja wina – mówię zła. – To ty mnie w to wrobiłeś. Następne dziecko rodzisz ty!

- Tak, oczywiście, oczywiście, kochanie. Co tylko chcesz – mówi drżącym głosem, przygładzając moje włosy.

Dojeżdżamy do szpitala, a dwie godziny później na świat wychodzi Sabinka. Pielęgniarka kładzie mi ją na klatce piersiowej, a ja spoglądam na małą z miłością.

- Piękna – szepczę wzruszona. Przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele i momentalnie zapominam o bólu, które przed chwilą zadawała mi ta kochana istotka.  Na salę wchodzi Chris i od razu dopada do mnie.

- Oh, kochanie.. – całuje mnie w głowę. – Sabina – wypowiada zdławionym głosem, jakby smakując nowe słowo. Uśmiecham się do niego i patrzę jak delikatnie głaszcze jej główkę.

_______________

Epilog jest. :)  Dziękuję jeszcze raz wszystkim :*
No i zapraszam na inne moje opowiadania.
Buźka!